Wyspy Mangarewa

Pobyt mój na wyspach Mangarewa trwał około dwóch miesięcy, podczas których oswajałem się z gwarą tubylców i badałem rozliczne obyczaje polinezyjskie. Z początku wyspiarze okazywali mi pewną oziębłość. Nieufność ich łatwo da się wytłumaczyć, gdy przypomnimy sobie, że naród ten, należący do najszlachetniejszej rasy na świecie, był w niegodziwy sposób wyzyskiwany przez białych, których tak dobrze przyjął. Gdy przekonali się jednak, iż niczego od nich nie potrzebowałem i że przybyłem na wyspę bez żadnych zamiarów interesownych, nieufność ich szybko znikła. Ja zaś przywiązałem się do tego sympatycznego ludu, a przede wszystkim do ich dzieci, w których zabawach brałem często udział, a które były zachwycające, jak zresztą zwykle dzieci ludów pierwotnych.

Otwarcie sezonu połowu pereł było wyznaczone na 10 listopada. W obrębie archipelagu Tuamotu połów pereł nie jest przemysłem wolnym, lecz podlega surowemu regulaminowi, w celu zapobieżenia zniknięciu mięczaków.

wyspy mangarewaPodczas tygodnia poprzedzającego połów laguna przedstawiała widok niebywałego ożywienia. Wszyscy tubylcy zajęci byli naprawą i malowaniem swoich łodzi. Nowe, świeżo zbudowane pirogi zostały poświęcone przez misjonarzy, w obecności części ludności. Moje zdolności malarskie, a każdy marynarz posiada je w pewnym stopniu były również wyzyskane i pewnego popołudnia wypisałem na rufie małego kutra żaglowego imię Maputeoa ostatniego króla Mangarewy. We wtorek. 10 listopada, w dzień otwarcia połowu, była prawie zupełna cisza. Pozostawiając Firecresta na kotwicy w zatoce Rikitea, wziąłem mojego małego Bertbona, aby udać się na motu, czyli wysepkę koralową, odległą o 6 mil będącą ośrodkiem połowu pereł. Zabrałem z sobą karabin Winchesler’a oraz aparaty: fotograficzny i kinematograficzny.

Czółno moje było mocno obciążone i mogłem posuwać się tylko bardzo wolno. Gdy znalazłem się na środku laguny, gdzie głębokość dochodziła do 50 metrów, zobaczyłem moc rekinów, płynących za moją łodzią. Długość niektórych z nich przekraczała 6 metrów. Gdy jeden z tych olbrzymów o niebieskawej skórze, wydający się specjalnie żarłocznym, zbliżył się na tyle, iż prawie otarł się o łódź, nie mogłem oprzeć się pokusie i posłałem mu kulę z mego karabinu.

Było to bardzo nieostrożne, ponieważ ogromny potwór, śmiertelnie raniony, zrobił gwałtowny skok w górę a spadając z powrotem  uderzył ogonem tak silnie, ze mógłby zniszczyć jak nic moje wątłe czółenko. Rzucał się w dalszym ciągu, pozostawiając za sobą krwawy ślad w przezroczystej wodzie laguny, lecz prawie natychmiast został otoczony przez swoje żarłoczne plemię, które z zaciekłością rzuciło się na niego. Mogłem spokojnie płynąć dalej, podczas, gdy na miejscu zdarzenia tylko rozfalowa na woda i rojące się na powierzchni płetwy, świadczyły o tym, co przed chwilą zaszło.

Wiosłowałem już dość długo i daleko jeszcze byłem od głównego miejsca połowu, gdy zauważyłem wynurzające się z wody trzy głowy tubylców, zaopatrzonych w okulary. Byli sami wśród laguny, w odległości dwóch mil od brzegu, w miejscu, gdzie głębokość sięgała 25 metrów i gdzie roiło się wprost od rekinów. Wszyscy trzej śmieli się hałaśliwie i zdawali się czuć najzupełniej swobodnie.