Wiersz Hussarskiego, który już wspomniałem, ma taką zwrotkę:
I jeszcze jedna bajka: miasteczko u podnóża z szarej ciemności cudnych, skrzywionych plam —
zarysów jaskry słonecznik okien do góry się rozmruza, coraz złociściej kwitnie w rozchwiewach berberysów.
Berberysy były wtedy cechą charakterystyczną Kazimierza. Porośnięte nimi były wszystkie wzgórza, skraje wąwozów i pobocze dróg. Skąd się tyle tego wzięło, nie wiadomo. Widocznie ziemia była odpowiednia, a nasiona, pędzone wiatrem, obrodziły obficie.
Latem krzaki berberysów niczym się nie odróżniały od otoczenia, lecz już w sierpniu zaczęły się pokazywać owoce: drobniutkie grona jagód o intensywnej pąsowej barwie.
Stopniowo wszystkie dookoła wzgórza były poznaczone wielkimi, krwawymi plamami. Gdzie okiem rzucić, wszędzie ta czerwień berberysowa. Nie dziwota, że na ten widok co najznamienitsi malarze wpadali w zachwyt i chwytali niezwłocznie za palety.
Aż tu pewnego roku wszystkie krzewy berberysowe zostały wytrzebione, wycięte, wykarczowane z korzeniami. Jak się okazało, ktoś puścił gadkę, że od kilku lat panująca choroba zbóż ma źródło w sąsiedztwie krzaków berberysów. Że te piękne czerwone jagody są sprawcami zarazy. Pytaliśmy się, czy to prawda. Fachowcy odpowiadali, że ten pogląd nie jest oparty na żadnych doświadczeniach i dowodach, że powstał z powietrza w otoczeniu jakżeż podatnym na wszelkie gusła i zabobony. Nawet nie wiadomo, czy to cokolwiek pomogło.
I tak biedne berberysy złożone zostały na ofiarę, by przebłagać złe moce, które groziły brakiem chleba.
Od tego czasu upłynęło wiele lat. Tu i ówdzie na skłonach wzgórz wyrasta nieśmiało krzaczek berberysu. Ale to już nie to, co było. Można śmiało powiedzieć, że ta berberysowa barwa została wytarta na zawsze z pejzażu Kazimierza.