Sprzeczność istnieje również między zasadą miasta zamkniętego i ostro odgrodzonego od swego otoczenia, a miasta otwartego, to znaczy wtopionego w krajobraz otaczający. Względy obronne przemawiały do czasu wynalezienia broni palnej za słusznością miasta zamkniętego, odciętego od otoczenia murem obronnym. Dalsze wieki złagodziły ostrość tego przedziału, a w wieku XIX miasta rozlały się jak kipiące mleko i zapełniły zabudową ni to miejską, ni wiejską, otaczający teren. Te XIX- wieczne przedmieścia fabryczne, składowe i mieszkalne są brzydkie przez swoją chaotyczną zabudowę i brak jednolitego charakteru. Stąd też wjeżdżając pociągiem czy szosą do wielkiego miasta, często nie potrafimy określić miejsca, w którym kończy się wieś, a zaczyna miasto.
W tym samym czasie powstawały także pionowo założone podmiejskie dzielnice burżuazji. Dzielnice wyposażone w pełny komfort miejski, a jednocześnie posiadające bogatą zieleń, której brakło całkowicie w śródmieściu. Natrafiamy tu na dwie sprzeczne zasady: teren miasta średniowiecznego „intra muros” był zbyt cenny, aby można większe obszary poświęcić na zieleńce. W obrębie miasta wzrok spoczywał prawie wyłącznie na elementach sztucznych, stworzonych przez człowieka. Ale miasta te były małe. Wystarczyło kilka kroków, aby z każdego punktu miasta dostać się w miejsce z którego roztaczał się szeroki widok na przyległe pola i lasy. Miasto było jak gdyby niewielką sztuczną wyspą w naturalnym krajobrazie i ten właśnie kontrast dodatkowo uwypuklał piękno dzieła rąk ludzkich jak i przyrody.
W wielkim mieście człowiek traci dostęp do naturalnego krajobrazu. Większą część życia spędza w wyłącznie sztucznym otoczeniu. To, co nas zachwyca w malowniczeji uliczce staromiejskiej: wyłączność zabudowy sztucznej,, staje się koszmarem rozległych dzielnic podmiejskich miasta kapitalistycznego. Toteż działalność uzdrawiająca rad miejskich i urbanistów na przełomie XIX i XX wieku polegała na zakładaniu parków i zieleńców, w miarę jak pozwalała na to spekulacja terenowa poszukująca zysku z każdej piędzi ziemi miejskiej. Naprowadza nas to na myśl, że kolejnym elementem, który decyduje o przestrzennym obliczu miasta jest wzajemna proporcja terenów zagospodarowanych w rozmaitym celu. Mówi o tym już Arystoteles w „Polityce”, opisując system Hippodamosa :
Przyjmował on dla swego państwa liczbę 10 000 obywateli, podzielonych na trzy grupy: jedną z nich mianowicie stanowili według niego rzemieślnicy, drugą rolnicy, trzecią uzbrojeni wojownicy. Na trzy części również podzielił cały kraj, tak ze część jedna przeznaczona została na cele kultu, druga na cele państwowe. trzecia zaś na własność prywatną, przy czym z dochodów pierwszej, zwanej świętą, pokrywać należałoby zwykłe wydatki związane z kultem bogów, z drugiej — wspólną stanowiącej własność — utrzymanie wojowników, trzecia zaś — na własność prywatną przeznaczona — przypadłaby rolnikom.
Hippodamos mógł jeszcze planować bilans terenów swojego miasta, bo ziemia stanowiła własność społeczną. Mogli też planowo rozdzielać tereny panowie feudalni, kiedy zakładali miasto na posiadanej ziemi.
Dopiero stopniowe rozdrobnienie własności ziemi pomiędzy mieszczaństwo doprowadziło do sytuacji, która w okresie kapitalizmu uniemożliwiła planowe działanie przy zagospodarowaniu terenów w imię dobra całego społeczeństwa. To stało się przyczyną paradoksu dziejowego: kapitalizm, który pchnął urbanizację na drogę bujnego rozwoju, jednocześnie zniszczył harmonijne oblicze miast istniejących i nie zdołał stworzyć nowej, własnej formy przestrzennej miasta.
Tragedia nauki urbanistycznej w ustroju kapitalistycznym polega na tym, że znając zasady prawidłowego planowania miast nie jest ona w stanie wprowadzić ich w czyn, ponieważ nie dysponuje terenami. Dopiero w ustroju socjalistycznym powstają warunki, aby realizacja planów urbanistycznych przebiegała zgodnie z myślą przewodnią, na której plany te są oparte.